Postanowiliśmy spędzić te dni inaczej, bardziej w naszej czwórce - bez pośpiechu, bez obowiązków, bez tego całego świątecznego napięcia. Tylko jeden świąteczny obiad u rodziców, 25 grudnia, z siostrą Antoine’a. Reszta - dla nas. Chcemy chodzić, oglądać, odkrywać: muzea, zamki, ścieżki w lesie, brzegi Sekwany. Sylwestra spędzimy w domu, ze zwierzętami. Tutaj też strzelają, choć nie powinni, więc wolimy być blisko nich. Blisko siebie, w rytmie, który sami sobie nadamy.
Naukę historii sztuki odkładam na ponad tydzień, choć wiem, że i tak zajrzę do fiszek. Ponad cztery tysiące dzieł do zapamiętania malarstwo, rzeźba, architektura — i terminologia. Quizlet mruga do mnie z ekranu niemal bez przerwy. W styczniu kolokwia na Romanistyce, więc ta przerwa jest tylko pozorna. Ale potrzebna.
Nora od powrotu z Polski chodzi za mną jak cień. Nawet w nocy, kiedy idę do łazienki, lezie tuż za mną, jakby bała się, że zniknę. Psy zabraliśmy ze sobą — dzieci zostały u rodziców — więc cała tylna kanapa należała do nich. Przypięte w paso–szelki, zadowolone, że mają przestrzeń. Zatrzymywaliśmy się często, pozwalając im biegać po polach, jakby świat był tylko dla nich. Ten widok zawsze mnie uspokaja: psy biegnące przed siebie, jakby świat był prosty.
Może właśnie o to chodzi w tych świętach. O prostotę. O bycie razem, bez dekoracji, bez oczekiwań. O ciszę, która nie jest pustką, tylko miejscem, w którym można wreszcie odetchnąć. O bycie razem, nie dlatego, że tak wypada, ale dlatego, że tak jest nam dobrze.

Komentarze
Prześlij komentarz