Dalej nie wiem, co z tym fantem zrobić, ale nawiązałam kontakt z koordynatorką kierunku Historia sztuki i ustaliłyśmy, że mam pozwolenie na rozpoczęcie studiów z lekkim opóźnieniem. Czas do połowy października. Niby dobra wiadomość, a jednak… wczoraj chciałam jechać tam natychmiast, już, zaraz. A dziś, po nocy, czuję, że nie chcę stąd wyjeżdżać. Nie chcę odcinać się od własnych małych rutyn, od tego, co daje mi poczucie bezpieczeństwa. Jestem rozdarta. I dochodzi do tego mój stan psychiczny — nie jest tajemnicą, że wciąż leczę depresję. Skoro mam te trzy tygodnie, to mam też czas na zastanowienie i organizację. A to wcale nie ułatwia sprawy. Mam przecież wykupione kursy do matury, wszystko było ułożone pod egzamin z historii sztuki i kontynuację Romanistyki. Teraz musiałabym to wszystko zburzyć. Trochę mi tego szkoda, a trochę kusi mnie rozpoczęcie studiów wcześniej. Faktem jest też to, że jeśli zostanę przy starym planie, mój rodzinny świat mniej ucierpi. To chyba ważniejsze niż...
Dziś około południa dowiedziałam się, że dostałam się na Historię sztuki na KUL. Tu nie była wymagana matura z historii sztuki, inaczej niż na UW. Aplikowałam z przekory, z kaprysu, z jakiegoś impulsu, który pojawił się i zniknął. Ot tak. I teraz to „ot tak” wraca do mnie jak grom. Studia stacjonarne, pełnowymiarowe, z programem prawie identycznym jak na UW. Jedyna różnica polega na tym, że musiałabym przeprowadzić się na rok do Lublina, ostro zakuwając na średnią 4,5, żeby za rok przenieść się na UW. Potwierdziłam w Instytucie Historii Sztuki UW, że taka możliwość faktycznie istnieje. List motywacyjny miałby mocny argument — rozłąkę z rodziną we Francji. Paradoksalnie, to właśnie ta rozłąka mogłaby mnie przenieść tam, gdzie chcę być. Dodatkowym plusem jest to, że moja przyjaciółka — równolatka — zaczyna w tym roku Historię sztuki na UW. Za rok siedziałybyśmy razem na drugim roku, w tej samej ławce, w tym samym życiu. Byłabym o dwa lata do przodu. Ale jest też druga strona. Ta cięższa,...