Przejdź do głównej zawartości

7, ostatni tydzień

Bardzo źle spałam, a właściwie spałam bardzo mało. Długo nie mogłam zasnąć, a potem obudziłam się dość wcześnie. Zegarek zliczył mi zaledwie trzy godziny z minutami. Kiepsko. Muszę się dalej pakować, po południu mam wykłady, a rano miałam włoski. Właśnie go skończyłam.

Dodatkowo włączyła mi się perfekcyjna pani domu, bo przecież teściowie mają tu zamieszkać na tydzień, może i dłużej...

Czasem zastanawiam się, czy nie wyszukuję sobie dodatkowych zajęć z premedytacją — tylko po to, by nie dopuścić myśli, które się czają.

Zresztą samymi myślami też żongluję i przeciągam je na stronę „niemyslenia” o tym, co czuję. Dlatego od wczoraj sumienniej zaczęłam przykładać się do nauki na Romanistyce i przygotowań do matury z historii sztuki. Dziś Antoś jest w biurze i dostał około tysiąca stron różnych prezentacji do wydruku. Ja jestem mocno starej daty — notatki robię długopisem na kartkach, które zbieram w segregatorach do powtórek. Łatwiej pracuje mi się na prezentacjach, ale muszą być wydrukowane. Każdy ma jakieś wady, a ja nawet skończyłam (z sukcesem!) kurs bezwzrokowego pisania na klawiaturze — zarówno QWERTY, jak i AZERTY, bo przecież mieszkam we Francji. Nie komentujcie tego proszę, bo wszystko rozumiem, ale tak jest mi łatwiej pisać i znakować.

Mam dość sporą bibliotekę, w której prawie każda książka ma notatki na marginesie. Od tych bardziej naukowych po „Małego Księcia” czy „Nocny lot” (moja ukochana nowela Exupéry’ego). Często są tam też szkice czy grafiki, wykonywane mimochodem, bezmyślnie.

Chyba jeszcze nigdy o tym nie pisałam, ale mam prawdziwy fetysz na artykuły piśmiennicze: pióra, długopisy, notatniki, kalendarze, zeszyty i ołówki. Nie umiem przejść obojętnie. Tym sposobem mam kilka unikatów, jak chociażby z Berlina, spod kliniki, gdzie jeździliśmy z Davidem (cudowny sklep dla artystów), czy wenecką pracownię, z której pochodzi ręcznie robiony notatnik. Służył mi za pamiętnik i wciąż jest mi bliski, bo z pierwszego wspólnego weekendu w Wenecji.

Może właśnie w tych drobiazgach — notatkach na marginesach, ulubionych piórach, kartkach z segregatora — kryje się mój sposób na oswajanie codzienności.
To one nadają rytm dniom, które bywają chaotyczne i niedospane, a jednocześnie przypominają, że nawet najmniejsze gesty mogą tworzyć własny porządek i piękno.


Komentarze

  1. Iza, jesteś nieprzeciętną osobowością i bardzo to w Tobie lubię 😊

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Smutny poczatek...

Tu  postanowiłam kontynuować m oje „vitaliowe życie” . Kiedyś, gdy zaczynałam ten blog, towarzyszyła mi głodówka — miał być zapisem jej przeżywania. Dlatego ten blog wydaje mi się bardziej „vitaliowy” niż tamten drugi   Na drugim pojawią się zupełnie inne treści, ale i tam zamierzam się pojawiać. Ostatnio nie miałam tematów do pisania, a i ochoty niewiele.   Życie jednak, jak zwykle, znalazło sposób, by przypomnieć o sobie. Czuję, że muszę to teraz wyrzucić z siebie . Wczoraj, późnym wieczorem, dotarła do mnie wiadomość o śmierci mojego wujka — brata mamy.   Kiedy miałam dziewiętnaście lat, odszedł mój tata, a od tamtej pory wujek Fredek zastępował mi ojca.   Byłam z nim bardzo blisko i jest mi cholernie ciężko, przykro, i nawet nie wiem, co jeszcze. Mam całą masę nieprzyjemnych emocji, których nie potrafię opisać. Jeszcze nie znamy terminu pogrzebu, ale chcemy pojechać do Białegostoku jak najszybciej. Dzieci zostają w domu, głównie ze względu na szkołę, a rodzi...

(16 DW)

Rano zaskoczył mnie problem jelitami, Antoine stwierdził, że jestem blado - zielona. Biegunka, z przerwami, męczyła mnie do około godziny siedemnastej. Nie nie jadłam, uzupełniałem jedynie elektrolity na przemian co 2h z braniem węgla. Niestety moje plany przez tą przygodę legły w gruzach. Nie byłam na pobraniu krwi, ani wizycie u ginekologa. Do ginekologa następny wolny termin na 23 lutego. Szkoda. I yba poszukam innego w związku z tym. Chciałabym w cyklu styczniowym zrobić już badania hormonalne.  Teraz już czuję się dobrze, jutrzejsze spotkanie z psycholożką powinno dość do skutku. Teraz jestem już śpiąca, zmęczona i rozczarowana nie produktywnym czasem, którego pozostało tak mało. Sesja tuż tuż, do matury z historii sztuki zostało około 120 dni. Dziwi mnie jedynie to, że nie czuję przerażenia i w sumie spokojnie podchodzę, bez paniki, ale że świadomością ogromu pracy przede mną.