Przejdź do głównej zawartości

NIESMAK I ŻAL

Wczoraj wróciliśmy w końcu z Białegostoku, ale o tym pobycie nie mam ochoty pisać. Smutek i rodzinne piekiełko. Ludzie nie widzą się latami, a potem przy okazji pogrzebu wylewają swoje żale. Do mnie akurat nikt się nie doczepił, choć widziałam dziwne spojrzenia. W sumie żałuję nawet, że tam pojechałam, bo pozostał tylko żal.

Kiedyś wierzyłam, że można scalić rodzinę - organizowałam wspólne spotkania, jeździłam, odwiedzałam. Dziś nie mam już na to siły ani czasu. Zacietrzewienie niektórych dosłownie mnie rozkłada.

Najbardziej bolesne jest to, że nie chodzi o prostych ludzi ze wsi, lecz o tych, którzy pretendują do miana autorytetów. Pan doktor, mieniący się naukowcem, choć w rzeczywistości w bardzo zaściankowej wersji.

Rodzina mojej mamy jest różnorodna zarówno pod względem wykształcenia, jak i posiadanych dóbr materialnych, ale generalnie wywodzi się z podlaskiej wsi. Okolicy pieknej Biebrzy i Narwii, bardzo malowniczej. Rodzina taty miała ponoć korzenie szlacheckie,lecz praktycznie jej nie znam — babcia była jedynaczką, a tata jedynakiem. Wiem tylko, że jeden z kuzynów nosił tytuł arystokratyczny, co w czasach PRL było raczej ciężarem niż zaszczytem.

I wtedy uświadamiam sobie, jak wielkie szczęście mnie spotkało. Po raz kolejny przekonałam się, że jestem w cudownej sytuacji, posiadając rodzinę męża. Rodzina Antoine’a jest wielka, spójna, zbudowana na tradycji. Pod tym względem naprawdę wygrałam los na loterii.

Po pogrzebie pozostał niesmak i żal, ale też zobaczyłam tych, na których mi zależy, załatwiłam dokumenty związane z maturą z historii sztuki i przez chwilę byłam w Polsce. Dobre i to!

Do Bożego Narodzenia został tydzień. A ja wciąż nie czuję jeszcze świąt. Może dlatego, że święta nie przychodzą z kalendarzem, lecz z obecnością bliskich. Dzieci zaczynają ferie w ten weekend, Antoine we wtorek rozpoczyna urlop. Przez dwa tygodnie będziemy razem. To będzie dobry czas.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Smutny poczatek...

Tu  postanowiłam kontynuować m oje „vitaliowe życie” . Kiedyś, gdy zaczynałam ten blog, towarzyszyła mi głodówka — miał być zapisem jej przeżywania. Dlatego ten blog wydaje mi się bardziej „vitaliowy” niż tamten drugi   Na drugim pojawią się zupełnie inne treści, ale i tam zamierzam się pojawiać. Ostatnio nie miałam tematów do pisania, a i ochoty niewiele.   Życie jednak, jak zwykle, znalazło sposób, by przypomnieć o sobie. Czuję, że muszę to teraz wyrzucić z siebie . Wczoraj, późnym wieczorem, dotarła do mnie wiadomość o śmierci mojego wujka — brata mamy.   Kiedy miałam dziewiętnaście lat, odszedł mój tata, a od tamtej pory wujek Fredek zastępował mi ojca.   Byłam z nim bardzo blisko i jest mi cholernie ciężko, przykro, i nawet nie wiem, co jeszcze. Mam całą masę nieprzyjemnych emocji, których nie potrafię opisać. Jeszcze nie znamy terminu pogrzebu, ale chcemy pojechać do Białegostoku jak najszybciej. Dzieci zostają w domu, głównie ze względu na szkołę, a rodzi...

7, ostatni tydzień

Bardzo źle spałam, a właściwie spałam bardzo mało. Długo nie mogłam zasnąć, a potem obudziłam się dość wcześnie. Zegarek zliczył mi zaledwie trzy godziny z minutami. Kiepsko. Muszę się dalej pakować, po południu mam wykłady, a rano miałam włoski. Właśnie go skończyłam. Dodatkowo włączyła mi się perfekcyjna pani domu, bo przecież teściowie mają tu zamieszkać na tydzień, może i dłużej... Czasem zastanawiam się, czy nie wyszukuję sobie dodatkowych zajęć z premedytacją — tylko po to, by nie dopuścić myśli, które się czają. Zresztą samymi myślami też żongluję i przeciągam je na stronę „niemyslenia” o tym, co czuję. Dlatego od wczoraj sumienniej zaczęłam przykładać się do nauki na Romanistyce i przygotowań do matury z historii sztuki. Dziś Antoś jest w biurze i dostał około tysiąca stron różnych prezentacji do wydruku. Ja jestem mocno starej daty — notatki robię długopisem na kartkach, które zbieram w segregatorach do powtórek. Łatwiej pracuje mi się na prezentacjach, ale muszą być wydruk...

(16 DW)

Rano zaskoczył mnie problem jelitami, Antoine stwierdził, że jestem blado - zielona. Biegunka, z przerwami, męczyła mnie do około godziny siedemnastej. Nie nie jadłam, uzupełniałem jedynie elektrolity na przemian co 2h z braniem węgla. Niestety moje plany przez tą przygodę legły w gruzach. Nie byłam na pobraniu krwi, ani wizycie u ginekologa. Do ginekologa następny wolny termin na 23 lutego. Szkoda. I yba poszukam innego w związku z tym. Chciałabym w cyklu styczniowym zrobić już badania hormonalne.  Teraz już czuję się dobrze, jutrzejsze spotkanie z psycholożką powinno dość do skutku. Teraz jestem już śpiąca, zmęczona i rozczarowana nie produktywnym czasem, którego pozostało tak mało. Sesja tuż tuż, do matury z historii sztuki zostało około 120 dni. Dziwi mnie jedynie to, że nie czuję przerażenia i w sumie spokojnie podchodzę, bez paniki, ale że świadomością ogromu pracy przede mną.